Wybiegłam dziś z domu – odświeżyć umysł i organizm. Odwiedzić ukochany las. Zostawić na moment całą sesję w domu.

Było pięknie. Mrocznie. Aż w końcu zaczęło być też burzowo. Po trzecim i najmocniejszym grzmocie, przyspieszyłam tempo. Tak z tempa dogonisz-mnie-szybkim-marszem do dalej-dalej-nogi-Karoliny ;). Gdzieś tam słyszałam lekki deszcz, coś na mnie kilka razy kropnęło… Aż w końcu dobiegłam do linii granicznej między lasem a domami. I zastygłam.

To było piękne. Przed sobą widziałam wyraźnie dwa wysokie pnie sosny, a za nimi ścianę deszczu rozmywającą dalszy oliwski krajobraz. Ja byłam zupełnie sucha, ochroniona potężnym, leśnym parasolem.

Trochę tak jak to czasem w filmach wygląda, jakby ktoś z dachu lał wodę ;).

Może i ten post jest trochę naiwny. Dlaczego go piszę? Bo chcę się podzielić pięknem tego świata. Zdolnością do zatrzymania się na moment i zobaczenia ile cudowności nas otacza. W każdym momencie :).

Zdjęcia nie ma, bo odrywanie się od spraw bieżących oznacza też zostawienie wszelkiej elektroniki w domu ;). // a jednak jest – z dnia następnego bodajże, gdy las spowiła przepiękna mgła. Widok z jednego z moich okien :).

Udanego dnia 🙂

Advertisements